Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetariańsko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetariańsko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 stycznia 2013

Magiczne ciasteczka owsiane!

Pora na drobne wyznanie. Odchudzam się. Tak, tak... To już kolejny raz w moim życiu. Kiedyś-kiedyś w okolicach matury ważyłam 80 kg (przy wzroście 168 cm). Potem schudłam na 1 roku studiów do 56 kg, co było lekką przesadą. Myślę, że moja idealna waga to okolice 59 kg. Teraz mam na liczniku 64 kg. :-) Jest to efekt siedzenia (każdy człowiek pracujący w biurze wie o czym mówię) oraz spożywani zbyt dużej ilości węglowodanów prostych (tak, głównie w postaci czekolady, ciasteczek i słodkich jogurcików ;-)). Dlatego pora wrócić do dobrej wagi. Ogólnie nie stosuję żądnej drakońskiej diety, nienie. Po prostu usunęłam to co jest naprawdę niedobre, czyli  słodycze, jogurciki słodzone, białe bułeczki, biały makaron, biały ryż, smażone mięcho. Staram się też jeść w miarę mało chleba. Dużo warzyw, chude mięso, makaron i ryż pełnoziarniste, kasze, dużo jajek, owoce i nie żłopać bąbelwody. ;-) Na szczęście z natury pijam głównie wodę i zieloną herbatę to nie jest źle. :-)

Kolejnym ważnym elementem jest ruch. Chwilowo nie mogę ćwiczyć jakoś intensywnej, więc dużo spaceruję! Zainstalowałam nawet sobie w komórce Endomondo i gdy spaceruję komórka do mnie mówi, co wzbudza lekkie zdziwienie na ulicach. ;-) Ale co ja poradzę, ze ciągle gubię satelitę. ;-) Fajne jest w nim to, że pokazuje mi ile spaliłam kalorii i ile km przeszłam. :-) Mój sumaryczny wynik za styczeń jak dotychczas to:  11 km i  641 kcal. Fajna motywacja by ruszyć się z domu. W szczególności, ze ja latem głównie po parku niedaleko mojego bloku. :-) 


Dlatego też muszę się troszkę ratować by nie rzucić się na jakieś ciastka czy czekoladki. Na szczęście przez przypadek na blogu pewnego miłego Pana znalazłam przepis na bajecznie proste ciasteczka, które są:

- bez cukru z torebki
- bez tłuszczu
- bez mąki pszennej
- bezglutenowe
- bezjajeczne
- pełne błonnika
- półsłodkie, ale bardzo smaczne
- szybko sycą i uwalniają od głodu 'słodyczowego'

Czy już macie na nie ochotę? :-) Ja tak, i to starraszną! :-) Poniżej kilka ciasteczek na chwilę po upieczeniu, bardzo apetyczne, prawda? :-)


Robiłam je już 2 razy, więc pozwoliłam sobie na podrasowanie proporcji. Dlatego podaję nieco inaczej niż w oryginale. Następnym razem chcę dodać cynamon lub kakao naturalne. Ciekawe co wyjdzie. Zachęcam wszystkich do eksperymentów. Rodzynki można też zastąpić żurawiną, morelami czy daktylami. :-)

Dietetyczne ciasteczka owsiane
na 30-40 sztuk

Składniki:

2 bardzo dojrzałe banany
1,5 szklanki płatków owsianych (najlepiej drobnych np. górskie z Kupca lub z Haliny)
0,5 szklanki rodzynek

Wykonanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 180'C. Banany obieramy i rozruszamy widelcem na jednolitą masę, Wsypujemy płatki i rodzynki. Dokładnie mieszamy. Odstawiamy na 10 minut. Z masy formujemy w dłoniach ciasteczka mocno je ściskając by były zwarte. Układamy na blasze wyłożonej papierem. Pieczemy 15 min. 

Pyszne na świeżo, lecz drugiego dnia są nieco bardziej wilgotne. :-) Przechowuj je w szczelnym pojemniku, puszcze lub pudełku.

Smacznego! :-)

niedziela, 12 lutego 2012

Zupa z czerwonej soczewicy.

Kolejny tydzień nowościowy. Temat tygodnia: czerwona soczewica. Choć w tym tygodniu lekkie przekłamanie. Miałam jedno podejście do czerwonej soczewicy, ale na tyle nieudane, że nie miałam zbytniej ochoty wracać i próbowąc od nowa. Inspiracja spadała z nieba, gdy mój brat cioteczny (w innych rejonach kraju zawny kuzynem) wspomniał o pysznej zupie soczewicowej z Green Way'a. Niestety nigdy jej nie jadłam, ale skoro jest taka pyszna, to musi być koniecznie z tego przepisu. :) Zatem samej soczewicy jako półproduktu z przyczyn oczywistych nie zjadłam, ale w zupie jest po prostu cudna. Zakochałam się, wpadłam po uszy. :-) Soczewico Ty moja!


 Jednak przepis, który wypatrzyłam u Komarki piszacej bloga Every Cake You Bake, postanowiłam rozwinąć do maksimum. Nie polecam używania kostek rosołych z papierka. Zatem opowiem jeszcze troszkę na temat bulionu warzywnego. Dziś dwa przepisy. :-)


Bulion warzywny

Składniki:

2 marchewki
0,5 selera
1 korzeń pietruszki
2 ząbki czosnku
0,5 pora
1 cebula
4 ziarna ziela angielskiego
2 listki laurowe
4 zierenka pieprzu
0,5 łyżeczki soli

Przygotowanie:

Do 2 litrów zimnej wody wrzucić wszystkie warzywa (obrane, umyte) oraz przyprawy. Gotować na wolnym ogniu przez 40-50 min. W połowie gotowania posolić. Po upływie tego czasu odcedzić warzywa i przyprawy. Bulion gotowy. Z warzyw można wyczarować sałatkę warzywną. :)

Sam w sobie jest moim zdaniem trocszke za delikatny w samku by móc stanowić samodzielną zupę. Jednak jako baza zupy sprawdza się idealnie. :) Przejdź zatem do sedna, czyli zupy soczwicowej.


Zupa z czerwonej soczewicy
na 3-4 osoby

Składniki:

1 litr bulionu warzywnego
1 cebula
1 szklanka czerwonej soczewicy
1 puszka krojonych pomidorów
sól
pieprz
tymianek suszony
kwaśna śmietana lub jogurt naturalny

Przygotowanie:

Ugotować bulion warzywny. Cebulę pokroić w kosteczkę, usmażyć na małej ilości oleju. Dodać soczewicę i pomidory. Podusić wszystko na patelni. Dodać do bulionu i dokładnie wymieszać. Dusić wszystko po zagotowaniu przez 20 min często mieszając. Podawać z łyżką śmietany lub jogurtu, posypać tyminakiem. :)

Zupę można ugotować w weekend i zamrozić na szybki obiad w tygodniu. :)

Smacznego!

niedziela, 22 maja 2011

Manna z rodzynkami i słonecznikiem.

Mam nowe postanowienie żywieniowe... Będę namaczać. :) Chodzi mi o nasiona i orzechy. Poczytać o tym możecie tu i tu. Ja opowiem Wam wszystko w telegraficzym skrócie.

Pewnie pytacie... po co? Już mówię. W naturalnym środowisku nasiona i orzechy mają pod dostatkiem wody. Człowiek by móc je przechowywać stara się o zapewnienie im jak najsuchszych warunków. Nienamoczone orzechy i nasiona mają w sobie inhibitory enzymów, dzięki którym nie dojdzie do przedwczesnego kiełkowania. Ale co z tego? Onacza to, że nasionko jest w stanie uśpienia. Broni się przed światem zewnętrznym i nie jest w stanie oddać nam swoich cennych składników w pełni. Gdy nasionko dostanie zastrzyk wody zaczyna 'myśleć', że będzie nie długo roślinką i dzięki temu o wiele łatwiej będzie nam przyswoić wszystkie dobra, które w sobie kryje.

Jak namaczać? To proste. Najpierw myjemy nasiona czy orzechy pod bieżącą wodą. Następnie zalewamy wodą (ja używam filtrownej z kranu). Dwa razy więcej wody niż nasionek. Czas namaczania zależy od tego co namaczamy. Tabelka w linku wyżej. Pamiętajcie, woda, która zostaje po namaczaniu jest zbyt wartościowa by wylewać ją do zlewu. Poczęstujcie nią kwiatki w doniczce.

Podsumowując. Dzięki namaczaniu orzechy i nasiona stają o wiele bardziej odżywcze i łatwiej strawne. O wiele łatwiej jest nam je rozgnieść czy zmielić. Zyskują nowy smak. :)

Jednak nie martwcie się, suche orzechy/nasiona nie są trujące. Nie padniecie trupem po ich spożyciu. Jednak dzięki namaczaniu będą one stanowić o wiele bardziej wartościowy posiłek/dodatek do potraw.

Widzicie? Nasiona słonecznika po namoczeniu nawet mają inny kolor. Woda jednak czyni cuda. :)


Dziś trochę dietetycznie. Zwykła manna z rodzynkami i słonecznikiem (namaczaym). Zwykła, prosta... ale pyszna! :)

Manna z rodzynkami i słonecznikiem
na gęsto, na 1 osobę

Składniki:

-1 szklanka mleka
-2 łyżki kaszy manny
-szczypta soli
-troszkę cukru
-rodzynki
-słonecznik namaczany
Przygotowanie:
Mleko zagotować. Do gotującego się mleka wrzucić kaszę, sól, cukier. Gotować 3 min mieszając. Przełożyć do miseczki. Posypać słonecznikim i rodzynkami.

Smacznego!

niedziela, 15 maja 2011

Naleśniki z kaszą gryczaną.

Odkryjmy kaszę gryczaną na nowo. Sprawmy by wróciła do naszej kuchni, by gościła na naszych talerzach, by cieszyła nas swoim wyjątkowym smakiem. W mojej opinii gryczana jest wyjątkową kaszą, zupełnie inną od reszty. Tu już nawet nie chodzi o jej wygląd, albo smak. Jest po prostu magicznie specyficzna. Kiedyś jej nie znosiłam, obsesyjnie. Na sam zapach robiło mi się słabo... Ale dziś to co innego. Stała się moim absolutnym hitem. Wymiata, i już. :)

Jednak polubiłam ją nie tylko ze względu na jej urodę. Kasza gryczana jest wyjątkowo odżywczym produktem spożywczym. Zawiera duże ilości białka i błonnika, witaminy B1 i PP, kwas foliowy, potas, magnez, wapń, żelazo. Jest produktem bezglutenowym, dzięki czemu mogą ją spożywać osoby z celiakią. Jest uznawana za pokarm rozgrzewający, dlatego świetnie się sprawdza w chłodne dni.

Jeszcze jedną zaletą kaszy gryczanej jest to, że niewiele kosztuje. Można ją kupić poporcjowaną w woreczkach, zazwyczaj w pudełku są 4 woreczki po 100 g, lub w opakowaniu zbiorczym (papierowym lub foliowym).Pierwszy rodzaj gotuje się prosto. Plusk do wrzątku na 15-20 min i gotowe. Jednak wiele wiele cennych składników zostaje wtedy w wodzie i w rezultacie wylewamy je do zlewu. Drugi rodzaj gotujemy już w sposób bardziej skomplikowany, lecz nie należy się tym zniechęcać. Należy wtedy przygotować garnek oraz szklankę do odmierzania proporcji. Na każdą szklankę kaszy należy odmierzyć 2 szklanki wody (lekko posolić). Kaszę wsypać do garnka i zalać wodą. Gotuje się około 20 min na wolnym ogniu - pamiętajmy, ze każda kasza jest troszkę inna i może gotować się nieco dłużej lub krócej - do momentu wchłonięcia wody przez kaszę (jednak jeśli będziemy widzieć, że woda już odparowała a kasza jest ewidentnie nie gotowa należy do garnka dolać wody). Pamiętajmy także by kaszy nie mieszać w trakcie gotowania. Po 10-15 min możemy w jednym miejscu wykopać malutki dołek, żeby sprawdzić co dzieję w niższych partiach. Taka kasza jest zdecydowanie cenniejsza. Zachęcam do eksperymentów. :)

Dzisiejsza propozycja jest nieco pracochłonna, ale naprawdę warto spróbować. Osobiście uwielbiam pasjami naleśniki z takim nadzieniem. Co prawda powstał na podstawie przepisu mamy mojego Lubego. Różnica polega na tym, że w miejsce pietruszki (moja wersja) znajduje się mięso mielone. Obie pyszne, ale ja jako piteruszkoholiczka wybieram wersję z zieleniną. :)


Tym razem spróbowałam także innego przepisu na naleśniki. Zaznaczam, że proporcje są płynne, bo każda mąka inaczej chłonie wodę i ważna jest tu konsystencja. Ma być jak gęsta śmietana, ale płynne i lejące. Po pierwszym naleśniku zobaczycie czy się łądnie rozlewa po patelni. Gdy za rzadko dosypcie mąki, gdy za gęsto dolejcie wody lub mleka. :)

Naleśniki z kaszą gryczaną

Składniki:

na naleśniki
2 szklanki mąki
0,25 l mleka
0,25 l wody
2 jajka
0,5 łyżeczki soli
2 łyżki oleju rzepakowego

na farsz
200 g kaszy gryczanej
1 pęczek pietruszki
2 cebule
200 g pieczarek
sól
czarny pieprz

Przygotowanie:

naleśniki
Wszystkie składniki wymieszać w dużej misce. Ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany i być odpowiednio lejące by można było je rozlewać po patelni. Smażyć na teflonowej patelni bez tłuszczu.

farsz
Kaszę gryczaną ugotować. Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na patelni na oleju. Pieczarki obrać, umyć, pokroić w drobne plasterki. Usmażyć na tej samej patelni co cebulę (bez zmywania po drodze). Pietruszkę umyć i posiekać. Wszystkie składniki wymieszać, doprawić solą i pieprzem do smaku.

Naleśniki nadziewać farszem. Przed podaniem podgrzać na patelni.

Smacznego!

sobota, 7 maja 2011

Pita i domowy kebab.

Z okna mojej kuchni jest widok na 'kebabownie'. Taki bar na szybko: trzy stoliki, dowożą na telefon. Boję się tam wejść. :) Niestety jestem człowiekiem małej wiary i mam wrażenie, że odnajdę w nim więcej E niż oryginalnych smaków. Postanowiłam, że zrobię im konkurencję. A co! I będę nawet ambitniejsza. Chlebki (placki?) pita zamiast białych buł, zero glutaminianu sodu i spółki (absolutne zero!), sosik domowy czosnkowy (niemalowany, niewzmacniany).

Zacznijmy od pity. Strasznie śmieszne stwory. Łatwo się je robi, choć może ostatnia faza - patelniana - wymaga małych czarów. Przepis na pity pochodzi z pewnego sympatycznego bloga. Autorkę, Olę, bardzo serdecznie pozdrawiam i polecam wszystkim blog 2 smaki.

Kebabowe wymysły to już moja działka. Mam tu pewna uwagę. Zaznaczam od razu, że nie jest to reklama... Po prostu chcę polecić tę przyprawę. Po pierwsze, pyszna kompozycja - naprawdę się im udała. Po drugie, zero glutaminianu, zero! To wielka zaleta. Z resztą na stronie opisany jest szczegółowo skład. Dobra sprawa gdy ktoś lubi naturalniej i prościej. Tak jak ja. :)

Przepis podam niżej. Ale zobaczcie jak te pity śmiesznie puchną! Mój sposób na duże bąble to położenie placków na cieplej patelni (u mnie patelnia do naleśników) na maluteńkim gazie a następnie podkręcanie gazu coraz bardziej. Pozwoli to plackom stopniowo się napompować. Wtedy zostanie już nam tylko napchanie ich ulubionymi dodatkami. :)

My tu pitu-pitu, a kebaby same się nie zrobią! Do działa zatem, do dzieła! ;)


Chlebek/placek pita
porcja na 4 placki

Składniki:

-1 szklanka mąki
-0,5 łyżeczki soli
-0,5 łyżki cukru
-0,5 łyżeczki drożdży instant
-ciepła woda (ok 0,3 szklanki)

Przygotowanie:

Wszystkie składniki mieszamy w misce. Wody dodać tyle by ciasto było elastyczne (trochę jak na na pizzę. Ciasto wyrobić. Zostawić do wyrośnięcia. Zagnieść ponownie. Podzielić na 4 części. Placki cienko wałkować. Smażyć na suchej patelni.

Kebab domowy
receptura elastyczna - opowiem o swoim - mięso nieobowiązkowe :)

Składniki:

-chlebki/placki* pita
-pierś z kurczaka
-przyprawa do kebaba
-ząbek czosnku
-jogurt naturalny
-majonez
-pomidor
-ogórek
-szczypiorek
-kapusta pekińska
-olej rzepakowy

Przygotowanie:
Mięso pokroić w paski. Dodać do niego łyżkę przyprawy i 2 łyżki oleju. Zostawić na 30 min do przegryzienia się.
Warzywa umyć i pokroić w stosowne kawałeczki.
Jogurt wymieszać z majonezem, dodać sól i ząbek czosnku rozgnieciony praską. Wymieszać.
Mięso usmażyć (bez dodatkowego oleju) na rozgrzanej patelni.
Pity (fajnie, żeby pita była ciepła -użyć świeżej jeszcze gorącej lub podgrzać tę, która ostygła na patelni) rozkrajać i wkładać składniki do środka, lub zawinąć w nie warzywa/mięso/sos jak w tortillę.

Smacznego!

* Pomocy... Chlebki czy placki? Bo już sama nie wiem. ;-)

czwartek, 5 maja 2011

Kotleciki z zielonej soczewicy.

Och jej, jak ja nie lubię tradycyjnych kotletów mielonych. Jest to jedna z niewielu potraw, której nie chcę tknąć nawet kijem. :) Jednak można znaleźć alternatywę. Smaczniejszą, zdrowszą, lżejszą... Nie stającą w gardle i nie zalęgającą w nieskończoność w żołądku. Namówiła mnie (tak, znowu) moja siostra. Muszę przyznać, że fajnacko wyszedł jej ten przepis - już nigdy, absolutnie nigdy, nie będę skazana na kotleciska tradycyjne. Z tej porcji wyszło mi kotletów ogromnie dużo (kilkanaście, bo lubię malutkie), więc nadliczbowe trafiły do zamrażalnika. Odmrażają i odgrzewają się bajczenie prosto (odrobina wody i masełka). Warto zrobić zapas by w każdej chwili zrobić sobie ciepłe danie na szybko. Jestem ekstremalnie zachwycona, polecam wszystkim. Ach, jeszcze jedno, soczewica nie powoduje wzdęć, więc nie bójcie się spróbować. Jedyne co ryzykujecie to przejedzenie, bo na jednym kotleciku ciężko skończyć... :-)

Ogólnie, jest to mój pierwszy kontakt z soczewicą w postaci ziarenek (wcześniej pochłaniałam tylko ogromne ilości kiełków). Bałam się, że gotowanie będzie trudne, a soczewica po ugotowaniu będzie jak zmielona podeszwa... Nic bardziej mylnego. Soczewicę gotuję się prosto (nie trzeba jej moczyć bo świetnie wchłania wodę) i w miarę szybko, w miarę. Smakuje dobrze i jest źródłem cennych składników odżywczych. I jest tania. Za paczkę 350 g zapłaciłam niecałe 4 zł. Mięso pod tym względem odpada w przedbiegach... Tanio, smacznie, zdrowo. Świetnie prawda? Życzę udanych eksperymentów z soczewicą. :-))


Przepis kradziony od siostry, a że kradzione nie tuczy zapraszam do gotowania! :-))

Kotleciki z zielonej soczewicy
na kilkanaście małych sztuk lub kilka dużych

Składniki:

-1 szklanka zielonej soczewicy
-2 jajka
-1 cebula
-bułka tarta
-dużo majeranku
-sól
-pieprz
-olej rzepakowy do smażenia

Przygotowanie:

Soczewicę ugotować zgodnie z zaleceniami producenta (info na opakowaniu). Odcedzić, zmiksować tak by niektóre ziarenka zostały w całości (zrobiłam to końcówką blendującą do miksera - uwaga róbmy to z wyczuciem by nie przegrzać silnika). Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę, zeszklić na oleju. Dodać do soczewicy (oczywiście troszkę przestudzoną). Do masy dodać jajka, przyprawy w ilości zgodnej z upodobaniami oraz bułkę tartą (tyle by masa była jednolita i w miarę zwięzła by dało się formować kotleciki). Z masy formować kotleciki (nie za duże - np. wielkości mandarynki). Kotleciki obtoczyć w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym oleju obustronnie aż nabiorą złotego koloru.

Smacznego!

poniedziałek, 2 maja 2011

Gomasio oraz dlaczego warto jeść sezam.

Lubicie sezam? Czy kiedykolwiek zastanawialiście się co kryją w sobie te malutkie złote ziarenka? Tak? Nie? Cokolwiek odpowiecie dziś służę pomocą. Zainspirowana przez moją siostrę opowiem Wam dziś o sezamie i jego bogactwie. :)

Co to jest sezam i skąd pochodzi?

Sezam indyjski, mimo tego, że nazywa sugeruje jego pochodzenie z Indii, uprawiany jest także w Chinach, Meksyku, Gwatemali, Sudanie oraz krajach Ameryki Środkowej. Został doceniony przez niejedną kuchnię np. chińską czy japońską.

Dlaczego warto jeść sezam?

Sezam jest źródłem bardzo wielu wyjątkowo cennych składników odżywczych. Zawiera witaminę A, E oraz witaminy z grupy B. Jest także cennym źródłem magnezu, potasu, wapnia, żelaza, cynku i fosforu. Zaliczany jest do naturalnych przeciwutleniaczy - zapobiega starzeniu się skóry, a także wielu chorobom (w tym także nowotworom). Sezam to również bogate źródło białka (jego wartość jest porównywalna do wartości białka jaj kurzych). Pamiętać należy także, że można w nim znaleźć nienasycone kwasy tłuszczowe, które są niezbędne w naszej codziennej diecie. Wysoka zawartość aminokwasów sprawia, że sezam jest bardzo łatwo przyswajany przez organizm.

Jak jeść sezam?

Chyba każdy z nas jadł choć raz chałwę albo sezamki. jednak to nie jedyne zastosowania sezamu. Tłoczy się z niego bardzo zdrowy olej sezamowy, wyrabia się z niego kremową pastę o nazwie tahini, przygotowuje przyprawy (tak jak dziś gomasio), dodaje się go do wypieków słodkich i słonych, wykorzystuje się jako posypkę do dań czy dodatek do sosów/sałatek/surówek i wiele wiele innych bo kreatywność ludzka granic nie zna. :)

Czy już macie ochotę na coś sezamowego? Jeśli jeszcze nie daliście się przekonać polecam przepis na gomasio. Poniżej krótka instrukcja jak przygotować tę przyprawo-posypko-uniwersalny dodatek do potraw. Polecam zajrzeć także do Alicji i jej kuchni - tam gomasio gości od dawna.

Dwa składniki - sezam i sól. Wybrałam morską. Jakoś bardziej ją lubię, ale myślę, że zwykła też będzie ok.


Na górze ziarenka na chwile po uprażeniu, poniżej w trakcie 'kręcenia'. Uwaga! Zanim się zabierzecie do roboty sprawdźcie czy macie makutrę ( i wałek! - ja po swój biegałam w międzyczasie do sklepu - całe 2,29 zł) lub moździerz. Osobiście nie przekonują mnie zabawy z młynkami. :)


Efekt końcowy całkiem sympatyczny. Gotowe gomasio chowam do szczelnego pojemnika. Mam nadzieję, ze wytrzyma 2-3 tygodnie. :)

Gomasio pochodzi z kuchni japońskiej. Można je także przygotować z siemieniem lnianym lub pestkami dyni.

Gomasio (gomashio)
sól sezamowa

Składniki:

- ziarna sezamu
- sól morska

Przygotowanie:

Po pierwsze należy ustalić proporcję. Różne źródła różnie podają, ale proporcja soli do sezamu powinna się wahać mniej więcej między 1:8 a 1:16. Polecam ten artykuł - wiele wyjaśnia.

Gdy mamy ustalone proporcje odmierzamy składniki. U mnie 10 łyżeczek sezamu oraz 1 łyżeczka soli. Następnie na suchej patelni należy uprażyć sezam ciągle mieszając drewnianą łopatką. Będzie dobry gdy nabierze ładnego złotawego koloru i zacznie delikatnie podskakiwać. :) Pod koniec prażenia dodajemy sól i jeszcze chwileczkę prażymy. Uprażone składniki przekładamy do makutry/moździerza. Należy je rozdrobnić tak by część ziaren pozostała w całości (tak jak na zdjęciu). Gotowe gomasio chowamy do szczelnego pojemnika/słoika i cieszymy się jego smakiem 2-3 tygodnie.

Smacznego!