Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje dziwactwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje dziwactwa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2012

Gulasz pomidorowy.

Wymyśliłam sobie nową zabawę. :) Zabawa polega na tym, że przez luty (jak mi się spodoba może i dłużej) będę w ciągu każdego tygodnia robić 3 rzeczy:

Po pierwsze: Będę jeść/próbować czegoś czego jeszcze nigdy nie jadałam. Żeby było trudnej będzie to coś pojedynczego a nie cała potrawa, czyli np. owoc, warzywo, typ kaszy, rodzaj pieczywa itp.

Po drugie: Będę gotować coś czego jeszcze nigdy nie gotowałam (jadłam i owszem, bo czemu nie). Chodzi mi tu już o potrawy wieloskładnikowe. W miarę nie muffinkowe i nieciasteczkowe. :)

Po trzecie: Co niedzielę będę zdawać Wam relację z moich odkryć w postaci minirecenzji (a propos punktu 1) oraz przepisu ze zdjęciem (a propos punktu 2).

Mam nadzieję, że będzie bawić się razem ze mną. :)

Przejdźmy zatem do rzeczy. Odkryciem tego tygodnia jest... Makaron chiński. Chodzi mi o ten, który wygląda jak przeźroczyste spaghetti. :) Jest zrobiony w 70% z grochu i w 30% z kiełków fasoli mung.

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://taotao.pl/produkty_taotao/id,46,makaron_chinski_taotao.html

Od razu zaznaczam, ze to nie jest forma reklamy a jedynie prezentacja o co właściwie mi chodzi. :) Taki makaron na pewno produkują też inne firmy. Ja akurat trafiłam na ten. :)
Pierwszy raz usłyszałam o nim od siostry. Zjadłam go dopiero gdy poczęstowała mnie nim mama. Strasznie śmiechowa sprawa. Takie przeźroczyste nitki, jakby ktoś podrzucił nam na talerz trochę żyłki wędkarskiej. Przygotowuje się go jak kuskus, czyli po prostu zalewamy wrzątkiem. Tylko koniecznie posólcie wodę, inaczej jest prawie bez smaku. Jest super z warzywami na patelnię. Podobno idealny do naszego polskiego rosołu. Na pewno kupię ponownie. Idealny na szybki obiad po pracy. Jedyna jego wada to fakt, ze na surowo słabo się łamie i trzeba go porcjować nożyczkami. Jednak to pikuś w porównaniu do jego zdolności w zakresie wkomponowania się w niejedno danie. :)

W drugiej kwestii wróciłam do korzeni. Do jednej z najpiękniejszych rzeczy jakich doświadczyłam w dzieciństwie. Do gulaszu. O tym gulaszu pisała już moja siostra Trus na swoim blogu - klik. Co prawda nasz ojciec zamiast pomidorów w puszcze dodawał koncentrat pomidorowy, jednak pamiętajmy w latach 90 w Polsce nikt nawet nie marzył o pomidorach w puszcze. Nie wiem czy w ogóle były wtedy znane. To chyba zasadniczo jedyna modyfikacja. Czyli dziś przepis vintage w wersji modern. ;-) To moja premiera, jadałam go jakiś milijon razy, ale NIGDY go nie ugotowałam. Miałam pietra, na szczęście wyszłam z sytuacji zwycięsko. Wszyscy przeżyli, a niektórzy nawet komplementowali smaczność. :)

Nie sugerujcie się zbytnio makaronem. Gulasz jest równie pyszny z kaszą gryczaną, jęczmienną lub kuskus. Znam tez takich, którzy uwielbiają gulasz z pajdką chleba. Panuje tu pełna dowolność. Dla każdego coś miłego. :)


Gulasz pomidorowy
na 4 osoby

Składniki:

0,5 kg łopatki wieprzowej
olej rzepakowy
2 cebule
2 puszki pomidorów krojonych
tymianek
3 ząbki czosnku
0,5 łyżeczki soli
0,25 łyżeczki cukru
1,5 łyżeczki papryki słodkiej
1 łyżeczka papryki ostrej

Przygotowanie:

Mięso pokroić w grubą kostkę. Podsmażyć na oleju aż mięso będzie obsmażone z każdej strony. Przełożyć do garnka z grubym dnem (z całą zawartością patelni), podlać wodą i zostawić do duszenia na małym ogniu. Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na oleju. Przełożyć do garnka. Dodać do garnka pomidory, rozgnieciony ząbek czosnku, sól, cukier, tymianek, papryki i dobrze wymieszać. Dusić około 40-50 minut na małym ogniu często mieszając.

Podawać z kaszą, makaronem, chlebem lub sam. Jak to lubi. :)

Smacznego!

wtorek, 4 października 2011

Zapasy na zimę. Miód.

Gdybym nie była tym kim jestem dziś zapewne zostałabym... Kubusiem Puchatkiem. :) Mam już pełne zadatki. Szafkę pełną miodu. Uwielbiam miód. Miody. Różne... Wszystkie. Choć bardziej lubię te skrystalizowane niż te płynne. Choć żadnym nie pogardzę. No może po za tymi sztucznymi zrodzonymi z wielotenich chińsko-cukrowych doświadczeń. Dlatego opowiem Wam dziś jak szykuję zapasy miodu na zimę. :)

Jak kupić?

Nie polecam supermarketów. Po części z nieufności, po części dlatego, ze nigdy nie wgłębiłam się w ich ofertę. Myslę, że warto dobrego miodu poszukać:

U znajomych pszczelarzy. Popytajcie rodzinę, znajomych. Na pewno ktoś ma znajomego pszczelarza. To jest najlpsze źródło, ponieważ najbardziej służy nam miód, który jest pochodzi z terenów na których mieszkamy. Chodzi tu o to, ze pyłki i nektar znajdujące się w miodzie są dla nas znane i dramatycznie spada możliwość wystąpienia alergii czy nietolerancji.

Giełdy owocowo-warzywne(rolne)/Targi w naszym mieście gdzie sprzeadają lokalni producenci/rolnicy. Możemy tam znależć loaklnych pszczelarzy.

Biesiady miodowe. To prawdziwe miodowe szaleństwo. Tu można znaleźć pradziwe perełki. Moje ulubione magiczne miody to leśny, wrzosowy i malinowy.

Pragnę Was przestrzec przed jedna kwestią. Cena. Za dobry miód należy zapłacić dość dużo. Za litrowy słoik 30-40 zł a nawet 50 zł. Nie żałujmy. Opłaci się nam to. :-)


Jaki miód wybrać?

Nie chcę Was zanudzać róznymi rodzajami miodu. Myślę, że każdy z Was może poszukac sobie w googlach. :) Gdy kupujecie miód zwróćcie po prostu uwagę na jego jakoś. Najlepiej jest móc sprobować i powąchać. Jednak to nieczęsty luksus. Sprawdzcie czy na wierzchu nie ma piany, czy kolor jest jednolity, czy miód ma w miarę jednorodną strukturę (brak grudek i glutów).


Co ja wybrałam dla siebie?

Miód wielokwiatowy, spadziowy i lipowy. Są pyszne. Mówię Wam.

Do czego właściwie używam miodu?

Do kanapek.
Do musli z jogurtem jako osładzacz.
Do ciast/ciasteczek/crumbli.
Do słodzenia herbaty.
Do wyjadania łyżeczką prosto ze słoika. :)

Jedzcie miód. To naprawdę samo zdrowie. :)

A Wy lubicie miód? Robicie zapasy na zimę? :)

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Mój smaczek - kanapka z domowym pasztetem i kiszoną kapustą.


Właśnie tak ostanio wygądają moje kolacje. Jednak widok nie zdradza dokładnego składu wymyślonej przez moją skromną osobę kanapki. Otóż ta historia zaczyna sie od cienkiej kromeczki razowego chleba, następnie jakieś masełko, nie za dużo. Później pasztet domowy (pozostałość po Bożym Narodzeniu), na to domowa kiszona kapustka z kminkiem i marcheweczką. Zwieńczeniem całości jest... keczup. Pewnie powiecie, ze to skrajna profanacja, że obraza, że zniewaga... Może i tak, ale ostatnio po latach nie ruszania keczupu nawet kijem zapałałam do niego niemałym afektem! Podobno ma dużo pektyn... i w ogóle... ;-)

Dziś przepisu nie będzie jako takiego. A i na słowo musicie uwierzyć mi, że to jest smaczne. :-D

Pozdrawiam bardzo serdecznie. :-)